Samochód – najgorsza inwestycja pod słońcem

Czy udało ci się kiedyś policzyć, ile winien ci jest twój samochód? Czy w ogóle o tym myślisz? Jeśli nie, to być może lepiej dla ciebie. Czasem im mniej wiesz tym dłużej żyjesz. A w każdym razie spokojniej.

Pierwszy raz z błogiej nieświadomości, dotyczącej kosztów posiadania własnych czterech kółek wyprowadził mnie pan nazwiskiem Aureliusz Mikos, który w programie Magazyn AUTO, w telewizyjnej dwójce, prowadził swoją rubrykę o używanych samochodach. Kiedy dowiedziałem się, ile milionów (ówczesnych) kosztuje miesięcznie utrzymanie Forda Scorpio, o mało nie spadłem z fotela. Od razu w głowie pojawił się bunt. Jak? Skąd? Dlaczego aż tyle? Ale wiecie co? Facet miał rację. Niestety.

inwestycja w samochód

Ile kosztuje auto?

Ceny samochodów nie są żadną tajemnicą. Wręcz przeciwnie, w reklamach co chwila słyszymy o obniżkach, promocjach, wyprzedażach roczników, kredytach 50/50, 40/60 i 10/90. Wpłać złotówkę – wyjedż nowym samochodem. Przecież to proste. Podobnie z autami używanymi. Wystarczy wejść na dowolną stronę z ogłoszeniami i po chwili będziemy dobrze orientować się, jak rocznik, rodzaj silnika i wyposażenie wpływa na wartość samochodu. No dobrze, a co z innymi kosztami? Większość osób interesuje co najwyżej zużycie paliwa, chociaż i w tym zakresie pokutują raczej miejskie (wiejskie?) legendy o silnikach TDI, które przejeżdżają 100 km na 5 litrach lekko chrzszczonej ropy i paliwożernych, wręcz pożerających pieniądze właściciela benzyniakach, które mają więcej niż 4 cylindry. Ale o legendach innym razem.

Pan płaci, pani płaci

W ciągu mojej pracy w salonie samochodowym zdarzył mi się jeden (słownie: jeden) przypadek klienta, który przyszedł z pytaniem o koszty utrzymania modelu, który sobie upatrzył. Większości zainteresowanych wystarczała informacja, że auto jest oszczędne i się nie psuje, bo ta marka się nie psuje, bo się nie psuje, bo jest znana z niepsucia. I tyle. Ten jeden okazał się na tyle uparty, że wraz z szefem serwisu musieliśmy zrobić dla niego wycenę 3-letniego użytkowania małego i taniego miejskiego auta (w każdym razie tak nam się wydawało). Nie pamiętam liczb, ale podsumowanie robiło piorunujące wrażenie. Suma konieczna do utrzymania samochodu w stanie, w którym honorowana była gwarancja, zbliżała się do wartości jego zakupu. Klient, oczywiście, doliczył do tego przewidywane koszty paliwa i ubezpieczeń, ale mimo wszystko kwota robiła wrażenie. Drugi raz taki przypadek mi się nie zdarzył.

Dla kupujących samochody używane spalanie było ważne, ale jeszcze istotniejsze były tzw.”opłaty”, co znaczyło, ni mniej ni więcej, tylko ubezpieczenie. Tutaj też pokutowały prawdy przekazywane z dziada pradziada: mała pojemność-małe opłaty, duża pojemność-duże opłaty. Część osób w ogóle nie rozumiała, że istnieje coś takiego jak indywidualna wycena ubezpieczenia dla każdego przypadku i nie można podać nawet przybliżonej kwoty jeśli nie zna się wszystkich danych. W każdym razie w ciągu kilkunastu lat ani razu nie usłyszałem pytania o koszty użytkowania samochodu po zakupie. A przecież każdy z nas za to płaci. W cenie przeglądów, serwisu, części, opon, olejów, płynów, wszystkiego co jest potrzebne, do życia naszemu autu, topimy nie raz sumy, których jednorazowa strata przyprawiłaby niejednego o natychmiastowy zawał.

Czy da się inaczej?

Czy samochód może nie być skarbonką bez dna? Może. W dwóch przypadkach: jeśli zarabia na siebie, albo jeśli jest na tyle wyjątkowy, że z czasem zyskuje na wartości. W pierwszym wypadku auto może być używane jako taksówka, użyczane do ślubów, na różnego rodzaju imprezy, albo służyć jako reklama.

W drugim, o jego wartości decyduje unikatowość, wiek i stan w jakim się znajduje. Jeśli masz klasyczne auto w odpowiednim stanie, jest szansa, że nie tylko nie zje cię ono z nogami, ale przyniesie, po spieniężeniu za jakiś czas, całkiem przyzwoity zysk. Nie mówię tu jednak o kupowaniu kompulsywnie wszelkich staroci, co ostatnio stało się zmorą rynku klasyków. Jeśli ktoś nie ma o tym pojęcia i kupuje stare auto lub motocykl, tylko dlatego, że jest o modne, powinien wiedzieć, że złom bez dokumentów, albo z taką ilością przeróbek, że już tylko wyobraźnia podpowiada, czym był dany egzemplarz oryginalnie, zawsze pozostanie jedynie złomem.